Klimat Dla ZiemiiSzkoła z klimatem
Newsletter

Bądź na bieżąco? Zapisz sie do newslettera!

Partnerzy i przyjaciele
Partnerzy i przyjaciele
Licznik odwiedzin: 6814458

Minister środowiska: drugi pakiet klimatyczny może nam zaszkodzić
wtorek 2014-05-20

Pierwszy unijny pakiet klimatyczny obciąża polską gospodarkę w znacznie mniejszym stopniu niż zakładano. Cena zezwolenia na emisję jednej tony dwutlenku węgla to tylko 5 euro, choć pesymistyczne prognozy mówiły nawet o 100 euro. Negocjowany drugi pakiet klimatyczny będzie już większym wyzwaniem i może nieproporcjonalnie bardziej obciążyć Polskę.


– Obecny pakiet, który funkcjonuje i który ma się zakończyć w 2020 roku, przebiega bardzo łagodnie. Znacznie łagodniej, niż wiele osób przewidywało jeszcze kilka lat temu – ocenia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Maciej Grabowski, minister środowiska. – W tej chwili pierwszy pakiet klimatyczny nie stanowi dla polskiej gospodarki zasadniczego problemu.

Zgodnie z pierwszym pakietem klimatycznym, przyjętym przez Parlament Europejski w 2008 r., do 2020 r. o 20 proc. ma zmaleć emisja gazów cieplarnianych, do 20 proc. wzrosnąć udział odnawialnych źródeł energii i o 20 proc. poprawić się efektywność energetyczna. Jednym z narzędzi w ramach pakietu jest System Handlu Emisjami (ETS), w ramach którego przedsiębiorstwa muszą wykupywać zezwolenia na emisję dwutlenku węgla na rynku. Jak podkreśla Grabowski, okazało się, że zezwoleń tych jest więcej niż oczekiwano, więc ich cena jest niska.

Dużo większym obciążeniem dla polskiej gospodarki może być jednak drugi pakiet klimatyczny. W styczniu propozycję przedstawiła Komisja Europejska. Choć negocjacje trwają, wiadomo, że zmiany mogą zaszkodzić gospodarkom w większym stopniu opartym na węglu.

– Chcemy rozmawiać o faktach, o tym, co rzeczywiście może spotkać polską gospodarkę, jeżeli ten pakiet, w takim kształcie, zostanie przyjęty. Mówię w końcu o obniżeniu emisji o 40 proc. do roku bazowego. To jest olbrzymia zmiana. Widzimy, że ta propozycja Komisji będzie niesymetryczna, to znaczy, że na niektóre państwa będzie nałożony znacznie większy wysiłek i znacznie mocniej odczują one tę politykę klimatyczno-energetyczną – podkreśla Grabowski.

Dodaje, że wbrew oczekiwaniom Komisji Europejskiej negocjacji nie uda się zakończyć szybko, bo dla Polski obecne założenia są nieakceptowalne. Drugi pakiet klimatyczny może bowiem bardzo zaszkodzić konkurencyjności naszego kraju. W dużym stopniu ucierpiałyby również sektory, gdzie nie został wprowadzony handel emisjami, np. transport (z wyjątkiem lotnictwa), sektor budowlany oraz rolnictwo.

– Wydaje nam się, na podstawie naszych wstępnych analiz, że tam ten wpływ byłby znacznie większy niż w sektorze, gdzie tymi uprawnieniami się handluje – ocenia Grabowski. Dodaje: – Jeżeli te ambitne cele klimatyczno-energetyczne zostaną przyjęte w takim stopniu, to rzecz jasna energetyka europejska pójdzie w kierunku odnawialnych źródeł energii.

Nowy pakiet klimatyczny prawdopodobnie nie będzie wprost zachęcał do rozwoju OZE, jednak z uwagi na ambitne cele dotyczące redukcji emisji będzie to naturalny kierunek.

Minister środowiska zauważa jednak, że choć odnawialne źródła energii mogą pokryć całość lub większość zapotrzebowania na energię, to nie oznacza to całkowitego zmierzchu energetyki konwencjonalnej. Na przykład w Niemczech, które według Eurostatu w 2012 r. pozyskiwały nieco ponad 12 proc. energii ze źródeł odnawialnych, trwa budowa nowych bloków energetycznych opartych na węglu. Niemcy są obecnie największym emitentem dwutlenku węgla w UE – według Eurostatu wyprodukowały 760 mln ton tego gazu w ubiegłym roku.

Jak podał na początku maja Eurostat, emisja dwutlenku węgla w 2013 r. zmalała rok do roku w 22 krajach UE. W Polsce wzrosła nieznacznie (o 0,3 proc. do 290 mln ton). Więcej dwutlenku niż w 2012 r. wyprodukowały też Dania, Estonia, Portugalia, Niemcy i Francja. Unijna łączna emisja zmalała o 2,5 proc. do 3,351 mld ton.

Redakcja EkoNews, fot. sxc.hu

Nowy raport OCEANY ukazuje opieszałość w ochronie Morza Bałtyckiego
czwartek 2014-05-15

Ponad 30% bałtyckich morskich obszarów chronionych to „papierowe parki”, chronione w teorii i na papierze, podczas gdy w praktyce nie nie są w ogóle zarządzane.

Chociaż liczba morskich obszarów objętych ochroną na terenie Morza Bałtyckiego i cieśniny Kattegat rośnie, duża część z nich jest chroniona jedynie z nazwy. Samo włączenie danego terenu do sieci obszarów chronionych niewiele zmienia, potrzebne są bowiem konkretne zapisy i regulacje, które zawarte powinny być w planach ochrony dla danego obszaru. Plany te niestety powstają mozolnie, i często brak w nich kluczowych zapisów ograniczających zagrożenia, niezbędnych by chronić cenne przyrodniczo siedliska i gatunki.

Najnowszy raport Oceany rzuca więcej światła na problematykę zarządzania morskimi obszarami chronionymi
i uwypukla niedociągnięcia planów ochrony.

To rozczarowujące, że wiele obszarów jest chronionych jedynie z nazwy. Kraje nadbałtyckie zobowiązały się do poprawy stanu środowiska morskiego i jego właściwej ochrony by osiągnąć konkretne cele. Jeśli mamy tego dokonać i uratować Bałtyk, potrzebujemy radykalnej zmiany podejścia, mówi Hanna Paulomäki, kierowniczka Projektu Bałtyckiego w Oceanie.


Kluczowe informacje o raporcie:


⦁    Dokument skupia się na dwóch głównych formach ochrony obszarów morskich Morza Bałtyckiego: sieci Natura 2000, stanowiącej podstawę ochrony przyrody w UE; oraz sieci obszarów chronionych Morza Bałtyckiego (tzw. BSPA) HELCOMu stanowiących bardziej regionalne podejście do ochrony morskiej przyrody. Obie sieci często pokrywają się, obszary HELCOM pokrywają 64% morskich obszarów Natura 2000 na Bałtyku.

⦁    W regionie Morza Bałtyckiego znajduje się 388 morskich i przybrzeżnych obszarów Natura 2000, dla 31% z nich brakuje jakichkolwiek planów ochrony czy zarządzania

.⦁    Powołano 163 obszary chronione Morza Bałtyckiego w ramach HELCOMu, 35% z nich nie posiada planów zarządzania.

⦁    Na terenie Morza Baltyckiego nie ma ani jednego obszaru, w którym rybołówstwo byłoby kompletnie zabronione.

 

Warto również zauważyć, że bardzo wiele z już istniejących planów zarządzania stanowi jedynie opisowe przeglądy obszarów chronionych, opisujące gatunki czy siedliska występujące na danym terenie ale nie oferujące żadnych konkretnych restrykcji, zapisów i środków ochronnych. Rybołówstwo na przykład, rzadko kiedy jest w jakikolwiek sposób regulowane na terenie obszarów chronionych, nawet w przypadku gdy obszar ten stanowi ważne tarlisko, podchowalnik czy miejsce żerowania cennych gatunków ryb.

„Samo mapowanie, inwentaryzacja i opis obszaru by potem nazwać go chronionym nie wystarczą. Kluczowym jest stworzenie i implementacja szczegółowych planów zarządzania tymi obszarami,” dodał Andrzej Białaś, doradca ds. polityki UE w Oceanie. „Gdy obywatele słyszą jak ich przedstawiciele mówią o ochronie Bałtyku, większość jest zadowolona wiedząc, że dba się o cenne przyrodniczo obszary. Nie zdają sobie sprawy, że często ochrona ta jest iluzją istniejącą jedynie na papierze.”

Morze Bałtyckie, uznawane za jedno z najbardziej zanieczyszczonych mórz świata, zagrożone jest z wielu stron co powoduje dużą presję na jego ekosystemy. Kraje nadbałtyckie zobowiązały się do stworzenia sieci morskich obszarów chronionych jako remedium na problemy Bałtyku. Dziś około 12% Bałtyku objęte jest ochroną obszarową. Raport Oceany stanowi syntezę dostępnej wiedzy nt. zarządzania morskimi obszarami chronionymi, uzyskanej od państw członkowskich UE, Komisji Europejskiej oraz z dostępnej literatury.

Raport Oceany (ang.): Management Matters: Ridding the Baltic Sea of Paper Parks

Dowiedz się więcej: Oceana’s proposals for marine protected areas

Wersja online tej informacji prasowej: http://bit.ly/1kNZsFZ

 

Andrzej Białaś, Doradca ds. polityki UE
Kom: +48 501 58 88 33; E-mail: abialas@oceana.org
 
Marta Madina, Dyrektor ds. Komunikacji
Plaza España-Leganitos 47. 28013 Madrid, Spain
Tel: +34 911 440 880; Kom: +34 687 598 531; E-mail: mmadina@oceana.org
Facebook: www.facebook.com/oceana.europe Twitter: @oceana_europe

 

             

Fosfor na nawozy odzyskiwany z odpadów
wtorek 2014-05-13

Oryginalną koncepcję produkcji nawozów z surowca stanowiącego produkt uboczny oczyszczania ścieków opracowało i wdraża w praktyce konsorcjum pod kierownictwem naukowym prof. Henryka Góreckiego. Zespół chemików z Politechniki Wrocławskiej ma wsparcie inżynierów w Instytucie Nawozów Sztucznych w Puławach i specjalistów z zakresu chemii rolnej na Uniwersytecie Warmińsko-Mazurskim w Olsztynie.

"Rośliny potrzebują trzech głównych składników - azotu, fosforu i potasu. Z azotem nie ma problemu, jest w powietrzu. Z potasem też - jest na Białorusi, w Niemczech. Największy kłopot jest z fosforem, którego praktycznie nie ma, a zapasy się wyczerpują. A życia bez fosforu nie ma, bo jest on składnikiem DNA, białek. Problem polega na tym, żeby uratować jak najwięcej fosforu, który by się utraciło” – powiedział PAP kierownik naukowy projektu, prof. dr hab. inż. Henryk Górecki.

Problem z racjonalnym wykorzystaniem fosforu polega na tym, że z jednej strony brakuje go na potrzeby przemysłowe, między innymi właśnie do produkcji nawozów sztucznych. Z drugiej zaś, w postaci fosforanów, pojawia się on w procesie oczyszczania ścieków. I, jako odpad, jest tracony.

„Fosfor występuje w kościach, jest go też wiele w moczu ludzkim. Znajduje się w różnych odpadach przemysłu rolno-spożywczego, to jest olbrzymia masa. Nawet w zmywarkach do naczyń mamy sporo fosforu, ale w postaci, w jakiej nie jest do końca przyswajalny przez rośliny. Szukamy sposobu, żeby to zmienić” – tłumaczy prof. Górecki.

Kiedy roślinom brakuje fosforu, rosną wolniej, osiągając mniejsze rozmiary, a w konsekwencji stanowią mniej wartościową żywność. Chodzi zatem o to, aby odzyskać fosfor, który bezpowrotnie był tracony i produkować potrzebne w rolnictwie związki w ten sposób, żeby nie było to szkodliwe dla środowiska. Przy konwencjonalnym sposobie rozkładu, jak tłumaczy prof. Górecki, produkuje się olbrzymie ilości odpadu fosfogipsowego, który jest składowany m.in. się na terasie zalewowej Odry - rocznie od półtora do 2 mln ton.

"Nowe rozwiązanie polega na tym, żeby odzyskiwać fosfor zarówno z kości, jak również z popiołu ze spalania osadów ściekowych. Do tego celu wykorzystujemy pewną bakterię. Jest ona znana z tego, że towarzyszy u małych dzieci chorobie zębów - próchnicy. Te bakterie są wykorzystywane do zmiany właściwości surowców fosforowych. Inaczej mówiąc, bakteria wpływa na to, żeby rośliny mogły je przyswajać” – tłumaczy wrocławski profesor.

Projekt pt. „Odnawialne źródła fosforu - bazą surowcową nowej generacji nawozów” potrwa do października 2016 r. Konsorcjanci mają do dyspozycji ponad 4 miliony złotych z Narodowego Centrum Badań i Rozwoju. Pieniądze zostaną podzielone proporcjonalnie do zadań. Liderem projektu jest Politechnika Wrocławska. Współpracuje z nią dwóch wykonawców: Instytut Nawozów Sztucznych w Puławach i Katedra Systemów Rolniczych

Kierowniczką projektu jest dr inż. Agnieszka Saeid z Wydziału Chemicznego Politechniki Wrocławskiej. Uczelnia opracuje technologiczne warianty nawozów fosforowych tworzonych na bazie różnych surowców odnawialnych. Wykorzysta w tym celu popioły ze spalonych suszonych osadów z oczyszczalni ścieków oraz produkty powstałe z przetworzenia kości i ości. Wszystkie te surowce zawierają bowiem dużo fosforu. Będzie też przygotowywać do rejestracji produkty, które powstaną w wyniku projektu.

Instytut Nawozów Sztucznych w Puławach zweryfikuje koncepcje technologiczne przygotowane przez Politechnikę Wrocławską w skali półtechnicznej. Prace będzie nadzorował dr Andrzej Biskupski.

Jak poinformował na swoich stronach UWM, zespół z Katedry Systemów Rolniczych na Wydziale Kształtowania Środowiska i Rolnictwa będzie oceniać właściwości nawozów na uniwersyteckich polach w Bałcynach pod Ostródą. Do doświadczeń wykorzystana zostanie pszenica. Dr hab. Magdalena Jastrzębska wraz z zespołem zbadać cechy morfologiczne pszenicy, np. wysokość łodygi, długość kłosa, masę ziaren, jej odporność na wyleganie i zachwaszczenie, właściwości chemiczne, ilość i jakość resztek pozbiorowych. Naukowcy z Kortowa przebadają także glebę, na której pszenica urośnie.

Zgodnie z założeniami projektu, nawóz fosforowy uzyskany z osadów pościekowych powinien być tańszy od tradycyjnego nawozu, bo tylko wtedy wzbudzi zainteresowanie rynku. Absolutnym priorytetem jest bowiem dla całego zespołu wdrożenie nowej technologii do masowej produkcji.

"Skrzyknęliśmy się: chemicy, inżynierowie, którzy potrafią budować instalacje laboratoryjne i chemii rolnej – wszyscy chcemy ten projekt doprowadzić do wdrożenia na skalę przemysłową. Na razie przygotowujemy produkcję tylko w warunkach laboratoryjnych. Powstałe w reaktorach nawozy przygotowujemy do pierwszych badań na mikropoletkach. Wchodzimy w tę fazę projektu, w której w warunkach polowych sprawdzimy, czy nasz nawóz jest skuteczny dla rolnictwa. Jeśli nasza koncepcja się sprawdzi, wówczas Instytut Nawozów Sztucznych przeprowadzi testy w większej skali” – mówi prof. Górecki.

Instytut ma filię pod Wrocławiem. Obecnie eksperci produkują nawozy zawiesinowe w tamtejszych reaktorach. Reakcje przeprowadzane są też bezpośrednio w glebie – z wykorzystaniem produktów spalania osadów ściekowych ze spalarni w Olsztynie.

Prof. Górecki opracował i wdrożył wiele nowych technologii i produktów w przemyśle nawozowym, nieorganicznym, chemii gospodarczej oraz w rolnictwie. Od 40 lat prowadzi pracę naukową w Instytucie Technologii Nieorganicznej i Nawozów Mineralnych Politechniki Wrocławskiej. Jest ostrożny z przedwczesnym inwestowaniem w procedury patentowe.

"Patentowanie musi mieć swoje uzasadnienie ekonomiczne. Ważne jest też, by znalazł się przedsiębiorca, który będzie wdrażał wyniki naszych badań. Zakładamy komercjalizację, bo choć na świecie były już podobne próby laboratoryjne, to w Polsce dzięki sponsorowaniu badań przez NCBR, mamy tę przewagę, że projekt od razu i po raz pierwszy będzie prowadzony na dużą skalę"– podsumowuje prof. Górecki.


Zmiany klimatyczne w pigułce.
piątek 2014-05-09

Serdecznie polecamy przewodnik po pojęciach związanych ze zmianami klimatycznymi. Jest to przewodnik przygotowany przez Guardiana i jest po angielsku.

Naprawdę warto!

Kliknij tu, żeby poczytać przewodnik.

W kwietniu został osiągnięty kolejny kamień milowy emisji CO2
środa 2014-05-07

W ubiegłym miesiącu osiągnięto po raz pierwszy w historii ludzkości ilość 400 ppm dwutlenku węgla w atmosferze. Oznacza to, że w jednym milionie cząstek danego roztworu (w tym wypadku powietrza) znajduje się 400 cząstek CO2. Wydaje się mało, ale już w 1989 r. naukowcy (pod nadzorem James’a Hansen’a) ustalili, że górny limit bezpieczeństwa wynosi 350 ppm.

 

“Marsz” do wyżej wspomnianych 400 ppm może wydawać się wolny jak na nasze standardy, gdyż średnio rośnie o 1 lub 2 cząstki rocznie. Natomiast biorąc pod uwagę standardy geologiczne jest to szybki sprint. Dane do pomiaru zawartości CO2 w atmosferze pobiera się z warstw lodu, które zawierają bąbelki powietrza, które pozwalają nam na w miarę dokładne oszacowanie składu powietrza nawet z przed 800 tysięcy lat. W dzisiejszych czasach robi się stałe pomiary od końca lat 50’ w stacji pomiarowej Mauna Loa na Hawajach.

 

Poniżej znajduje się link do krótkieg filmiku pokazującego, jak sytuacja zmieniała się wraz z biegiem historii. Animacja ta pozwala nam zrozumieć, czemu zjawisko ciągle rosnącej zawartości CO2 w atmosferze często nazywane jest kijem hokejowym.

 

"Time history of atmospheric carbo dioxide"

 

Rosnące stężenie CO2 w atmosferze według naukowców jest skutkiem między innymi wzrastającej średniej temperatury światowej. Z drugiej zaś strony jest jednym z powodów dla rosnącego poziomu mórz, zmian w opadach i PH oceanów oraz wzrost ekstremalnych temperatur. Naukowcy zakładają, że te zjawiska będą nadal występować i co gorsza będą coraz to intensywniejsze, jeśli emisje CO2 związane z aktywnością człowieka będą dalej wzrastać.

 

Źródło: http://www.climatecentral.org/news/the-meteoric-rise-of-co2-in-1-video-17398