Klimat Dla ZiemiiSzkoła z klimatem
Newsletter

Bądź na bieżąco? Zapisz sie do newslettera!

Partnerzy i przyjaciele
Partnerzy i przyjaciele
Licznik odwiedzin: 19205188

Domowa produkcja energii z odpadów i biomasy
poniedziałek 2013-06-10

Gminy czy osoby prywatne w przyszłości mogłyby sprzedawać firmom energetycznym energię produkowaną z biomasy czy odpadów - uważa prof. Jan Kiciński.

Na projekt "Opracowanie zintegrowanych technologii wytwarzania paliw i energii z biomasy, odpadów rolniczych i innych" przeznaczono ponad 110 mln zł. Projekt realizuje konsorcjum, w którego skład wchodzi Instytut Maszyn Przepływowych PAN w Gdańsku i Energa S.A oraz kilkanaście zespołów badawczych z kilku uczelni wyższych i instytutów badawczych jako współwykonawcy. "Jest to największy projekt badawczy w Polsce" - komentuje kierownik projektu, prof. Jan Kiciński z IMP PAN. Zespół otrzymał w maju nagrodę Prezesa Rady Ministrów za osiągnięcia naukowo-techniczne.

"Chcemy zbudować nowoczesne instalacje kogeneracyjne, tzn. takie, które wytwarzają i ciepło, i prąd dla gmin. Dziś w gminach mamy stare kotłownie, które produkują tylko ciepło, a latem są zwykle wyłączane. A my chcemy, żeby w nich powstawały nowe instalacje - tzw. kogeneratory czy moduły ORC (Organic Rankine Cycle) - które pracują cały rok i oprócz ciepła wytwarzają prąd" - wyjaśnia w rozmowie z PAP prof. Kiciński.

Eksperymentalna instalacja powstaje już w miejscowości Żychlin (łódzkie). "Starą ciepłownię chcemy tam przekształcić w nowoczesny moduł kogeneracyjny. W okolicy jest przemysł drzewny. Aż się prosi, żeby wymyślić sposób wykorzystania tych zrębków i trocin" - komentuje kierownik projektu.

Wyjaśnia, że w specjalnym piecu spalane byłyby drewniane odpady a ciepło używane byłoby do podgrzewania tzw. czynnika niskowrzącego. Badacz wyjaśnia, że czynniki niskowrzące używane są np. w lodówkach czy w dezodorantach. Jest to ciecz, która wrze w temperaturze znacznie niższej niż woda. Gwałtownie parując substancja ta napędza łopatki mikroturbiny i wytwarza prąd. "A prąd jest znacznie droższy niż ciepło" - komentuje prof. Kiciński.

Wyjaśnia, że na całym świecie podobne technologie są dopiero opracowywane. Problemem jest m.in. czynnik niskowrzący, którego właściwości nie są optymalne - uszkadza turbiny i jest szkodliwy dla środowiska. Dla naukowców wyzwaniem jest także dostosowanie modułów do indywidualnych instalacji - do wytwarzania odpowiednio dużej mocy czy do spalania odpowiednich materiałów.

Prof. Kiciński wyjaśnia, że rozwiązanie, nad którym pracuje jego zespół, jest o wiele bardziej ekologiczne niż spalanie węgla. Odpady takie jak zrębki czy trociny były dotychczas spalane by uzyskać ciepło. Dzięki badaniom Polaków, z odpadów takich będzie można uzyskiwać ciepło i prąd.

Naukowiec wyjaśnia, że praca jego zespołu nakierowana jest na potrzeby gmin, które mogłyby się stać Autonomicznymi Regionami Energetycznymi (ARE). "Chodzi o to, by gminy były samowystarczalne energetycznie i mogły użytkować swoje odpady czy zasoby odnawialne (np. biomasę czy rośliny energetyczne). Nie musiałyby wtedy brać z sieci energii elektrycznej, która pochodzi ze spalania węgla" - zaznacza prof. Kiciński.

Rozwój Autonomicznych Regionów Energetycznych to element polityki energetycznej zmierzającej do produkcji energii elektrycznej w rozproszeniu, czyli w małych lokalnych instalacjach, a nie tylko w wielkich elektrowniach.

Zespół z IMP PAN, przy współpracy z zespołami z Politechniki Łódzkiej i Gdańskiej, opracowuje też małe moduły ORC na potrzeby gospodarstw indywidualnych. "Już przygotowujemy taką instalację. Za rok chcemy rozpocząć jej wdrażanie. To propozycja dla odbiorców indywidualnych. Ktoś, kto ma domek na wsi będzie mógł spalać, co chce - gaz, zrębki, biomasę, a oprócz ciepła dostanie prąd" - mówi naukowiec i zaznacza, że takie instalacje nie byłyby duże - spokojnie zmieściłyby się np. w piwnicy.

Takie podejście do energetyki nazywa się energetyką obywatelską czy prosumencką. "Obywatel staje się podmiotem procesu energetycznego - nie tylko pobiera energię, ale i staje się jej producentem" - zaznacza ekspert z IMP PAN i uważa, że takie podejście do energetyki "jest nieuniknionym trendem". Jak tłumaczy prof. Kiciński, energetyka prosumencka będzie miała sens, gdy rozwinięte będą tzw. smartgridy, czyli inteligentne sieci, które umożliwią sprzedaż energii elektrycznej przez lokalnych jej producentów. Prof. Kiciński zaznacza, że przygotowywana jest już ustawa, która zobowiąże operatorów do kupna tak wyprodukowanej energii. "Można sobie wyobrazić, że tysiące wytwórców energii będą mogły przekazać do sieci nadwyżki energii elektrycznej, ale w każdej chwili każdy będzie też mógł energię z sieci pobrać" - opisuje badacz.

Badania realizowane są w ramach strategicznego programu "Zaawansowane technologie pozyskiwania energii" prowadzonego przez Narodowe Centrum, Badań i Rozwoju.

Źródło: Ludwika Tomala (PAP)

Gaz łupkowy nie jest konkurencją dla energii jądrowej
środa 2013-06-05

Gazu z łupków w Europie nie ma tyle, by mógł zagrozić pozycji energii z atomu, system wsparcia dla źródeł odnawialnych należy przemyśleć od nowa, tylko atom daje przewidywalność cen – mówili przedstawiciele francuskich instytucji podczas spotkania w senackiej komisji gospodarki.

Podczas wtorkowej konferencji o doświadczeniach francuskiego sektora nuklearnego, zorganizowanej przez senacką komisję gospodarki narodowej przedstawiciele francuskiego parlamentu, rządu i innych instytucji zaprezentowali m.in. działanie swojego sektora nuklearnego i korzyści, jakie przynosi krajowi.

Odpowiadając na pytania senatorów Mario Pain z francuskiej Generalnej Dyrekcji ds. Energii i Klimatu (DGEC) podkreślał, że dziś cena energii elektrycznej z atomu we Francji kształtuje się na poziomie 37-42 euro za MW i jest znacznie niższa od cen energii z jakiegokolwiek niskowęglowego źródła, które zaczynają się od 80 euro. W dodatku atom daje, jako jedyny całkowitą przewidywalność ceny na dziesięciolecia w przód, w odróżnieniu np. od węgla, gdzie cena uprawnień do emisji CO2 jest niewiadomą – zauważył.

Pain mówił też, że aby sfinansować projekty jądrowe inwestor musi mieć absolutną pewność wsparcia ze strony państwa w długim okresie, choćby z powodu najpoważniejszego ryzyka – politycznego, czyli możliwości zmiany decyzji, co do energetyki jądrowej w danym państwie.

Gaz i atom się nie wykluczają

Senatorowie pytali m.in. o to, czy konkurencyjności energii jądrowej nie zagrozi gaz łupkowy, jak to się dzieje w USA. – Nie sądzimy jednak, że ilości gazu z łupków w Europie są wystarczająco duże, by zmienić rynek i wystarczająco obniżyć cenę energii, aby mogła konkurować z atomem. Być może w Europie mogłoby to się stać w Wielkiej Brytanii, gdzie cena energii jest bardzo wysoka – mówił przedstawiciel francuskiej DGEC.

Z kolei wiceprzewodniczący Parlamentarnego Biura ds. Oceny Opcji Naukowych i Technologicznych Jean-Yves Le Deaut wskazywał, że wydaje się, iż od gazu z łupków łatwiej eksploatować metan z pokładów węgla. Podkreślił jednak, że gaz i atom nie wykluczają się wzajemnie, bo produkcja energii z gazu w pierwszej kolejności będzie zastępować produkcję energii z węgla.

Źródła odnawialne

Senatorowie dociekali także, czy energetyka jądrowa może efektywnie współpracować z odnawialnymi źródłami energii (OZE) i jaki wobec tego powinna być optymalna relacja udziału tych źródeł. Le Deaut wskazywał, że Niemcy, które postanowiły odejść od atomu i postawiły na OZE stały się wielkim importerem francuskiego prądu.

Z kolei Pain podkreślał, że OZE we Francji jest stosunkowo niewiele i system energetyczny jest w stanie skompensować niestabilność ich produkcji. Jednak, jego zdaniem, w Niemczech rynek energii elektrycznej tak naprawdę nie działa, zdarza się bowiem, że ceny są negatywne – płaci się OZE, które mają pierwszeństwo w dostępie do sieci za to, żeby nie produkowały energii.

– Sądzimy, że system wsparcia dla OZE powinien zostać od nowa przemyślany. Jak chcemy, żeby rynek energii działał prawidłowo, to większa część energii na nim nie może być subwencjonowana. Trzeba odejść od systemu subwencjonowanych taryf na rzecz systemu wspierania inwestycji, która potem powinna już działać w warunkach rynkowych – mówił Pain.
Lider energii jądrowej

Francja jest światowym liderem w wykorzystaniu energii jądrowej. 58 reaktorów produkuje niemal 80 proc. energii elektrycznej, niecałe 10 proc. pochodzi z elektrowni konwencjonalnych, a ponad 11 ze źródeł odnawialnych, jak elektrownie wodne, wiatr i słońce.

Według specjalnego raportu francuskiego Trybunału Obrachunkowego z 2012 r., energetyka jądrowa we Francji nie ma ukrytych kosztów, całość inwestycji w sektor wyniosła 120 mld euro (w wartości z 2010 r.), cena energii z działających bloków w 2010 r. wynosiła 33 euro za MWh.

W ciągu 15 lat ma rosnąć do 40-45 euro z powodu dodatkowych inwestycji w budowę nowych bloków, bezpieczeństwo, przedłużanie czasu eksploatacji itp. Koszty likwidacji elektrowni i zarządzania odpadami są marginalne – ocenił też Trybunał. Koszt energii z budowanego we Flamanville reaktora najnowszego typu EPR oszacowano na ok. 75 euro za MWh, natomiast w przypadku budowy serii 10 EPR-ów energia z nich kosztowałaby w granicach 50-55 euro za MWh.

Źródło: TVP Parlament

Aby instalacje fotowoltaiczne były w Polsce opłacalne, niezbędny jest kompleksowy system wsparcia inwestycji
wtorek 2013-06-04

Koszty inwestycji w instalacje fotowoltaiczne uległy w okresie ostatnich lat obniżeniu i utrzymują się obecnie na stałym poziomie. Aby tego typu elektrownie stały się w Polsce atrakcyjną inwestycją, potrzebna jest nie tylko aktualizacja systemu wsparcia wynikająca z planowanych zmian legislacyjnych, ale również dostęp do dodatkowych subwencji.

– Polska nie należy do krajów o dużym nasłonecznieniu. Nasze analizy biznesowe wskazują, że aby fotowoltaika w naszym kraju miała rację bytu w znaczeniu ekonomicznym i mogła być traktowana jako atrakcyjna inwestycja nie tylko potrzebujemy wsparcia w postaci współczynników korekcyjnych, ale także możliwości pokrycia części kosztów inwestycji przez dodatkowe dotacje, bądź preferencyjne warunki finansowania – mówi Jacek Markowski, Członek Zarządu Centrum Rozwoju Energetyki.

Koszt realizacji instalacji fotowoltaicznej o mocy 1 MW to obecnie około 1,3 mln euro. Jeszcze kilka lat temu koszt ten kształtował się na poziomie 1,5 mln euro.

– Możemy mówić o istnieniu trendu spadkowego, jeśli chodzi o koszty technologii. Wraz z kolejnymi generacjami ogniw fotowoltaicznych stają się one tańsze, niestety kosztem sprawności. Zmiany w koszcie realizacji inwestycji wynikają także w obniżki marż producentów, co w dużym stopniu miało wpływ na spadek cen. Nie przewidujemy istotnych zmian w najbliższym czasie. Budując modele finansowe przyjmujemy obecny poziom kosztów – wyjaśnia Jacek Markowski.

Oczekiwanie ze strony przedsiębiorców i inwestorów na rozwiązania legislacyjne spowodowały, że – jak twierdzi Markowski – zapał do inwestycji się ostudził. Prace nad ustawą o odnawialnych źródłach energii (OZE) przedłużają się kolejny rok – brak świadomości ostatecznego kształtu systemu wsparcia uniemożliwia podejmowanie decyzji inwestycyjnych.

Warunki atmosferyczne sprawiają, że potencjał projektów opartych o technologie fotowoltaiczne w Polsce jest znacznie niższy niż projektów elektrowni wiatrowych. Z punktu widzenia wsparcia przez nowe współczynniki korekcyjne Centrum Rozwoju Energetyki szacuje go na zaledwie 1 tys. MW.

– Niskie nasłonecznienie naszego kraju powoduje, że produktywność tych źródeł energii jest znacznie niższa niż w przypadku wiatru. W związku z tym chcąc realizować tego typu inwestycję, musimy być w stanie racjonalnie je zaplanować i użyć wszelkich dostępnych mechanizmów wsparcia inwestycji – przestrzega prezes CRE.

Dla inwestorów jednym z najistotniejszych elementów Ustawy o OZE jest zapewnienie niezmienności wsparcia dla instalacji OZE przez okres 15 lat.

– Mniej istotne z naszego punktu widzenia są kwestie wysokości współczynników korekcyjnych, większe znaczenie mają te związane z wieloletnimi gwarancjami. Oczywiście wysokość współczynników jest dużo istotniejsza dla inwestycji fotowoltaicznych, niż w przypadku elektrowni wiatrowych, ale to gwarancja 15 lat stabilności inwestycji umożliwia podejmowanie decyzji inwestycyjnych zarówno przedsiębiorcom, jak i bankom udzielającym kredytów – tłumaczy prezes. – 15 lat to okres wystarczający, by inwestycję zrealizować oraz żeby przez okres kolejnych np. 10 lat zapewnić stabilność przychodów – podsumowuje Jacek Markowski.

Na koniec 2012 roku łączna moc instalacji fotowoltaicznych w Europie wyniosła 69 GW, co w ujęciu rocznym stanowiło wzrost o 34%. Łącznie na świecie było to aż 101 GW.
Liderami światowego rynku są Włochy i Niemcy, które odpowiednio z 32,3 GW i 16,25 GW, posiadają niemal 50% światowych mocy fotowoltaicznych. Łączna moc instalacji fotowoltaicznych w Polsce wynosiła na koniec 2012 roku ok. 2 MW

Europa zwiększyła zainstalowane moce o ponad 35% w porównaniu do 2011 roku. W 2012 roku w Europie przyłączonych zostało 17 GW w porównaniu do 21,9 GW oddanych w 2011 roku i 13,4 GW oddanych w 2010 roku.

Źródło: Newseria

Branża OZE: na rynku zielonych certyfikatów panuje chaos i dezinformacja
wtorek 2013-06-04

Polskie Stowarzyszenie Energetyki Wiatrowej apeluje o uporządkowanie rynku zielonych certyfikatów, czyli dokumentów, który potwierdza wytworzenie energii elektrycznej za pomocą odnawialnych źródeł energii (OZE). 

Dzięki certyfikatom producenci energii elektrycznej mogą pozyskać dodatkowe przychody z tytułu produkcji zielonej energii. Dziś na tym rynku panuje chaos i dezinformacja, bo nawet państowe instytucje przedstawiają sprzeczne dane. To ma sprzyjać nadużyciom i blokować rozwój zielonej energetyki.

– Gdybyśmy taki system wprowadzili wcześniej, prawdopodobnie nie mielibyśmy do czynienia z bardzo wysoką nadpodażą zielonych certyfikatów, która się ujawniła dopiero pod koniec zeszłego roku – uważa Wojciech Cetnarski, prezes Polskiego Stowarzyszenia Energetyki Wiatrowej. – Postulujemy wprowadzenie bardziej transparentnego rynku, aby wszystkie instytucje, które gromadzą informacje o rynku zielonych certyfikatów, robiły to według jednego, wspólnie przyjętego standardu i publikowały raz na miesiąc. Dzięki temu rynek będzie dużo bardziej transparentny i pozwoli inwestorom lepiej planować swoje inwestycje i nimi zarządzać.

Jak informuje Polskie Stowarzyszenie Energetyki Wiatrowej (PSEW), dane dotyczące tego rynku znajdują się w czterech miejscach – w Agencji Rynku Energii (gdzie w ramach systemu statystyki państwowej zbiera się miesięczne dane m.in. na temat produkcji energii ze źródeł odnawialnych), w Urzędzie Regulacji Energetyki (tu wydawane są certyfikaty i przyznawane koncesje na wytwarzanie energii odnawialnej), na Towarowej Giełdzie Energii (gdzie rejestrowane są certyfikaty oraz odbywa się handel nimi), a także w Narodowym Funduszu Ochrony Środowiska i Gospodarki Wodnej (na którego rachunek uiszcza się opłatę zastępczą).

– Dane z Agencji Rynku Energii są niepełne, gdyż brakuje w nich informacji na temat wniosków, które zostały złożone do prezesa Urzędu Regulacji Energetyki o wydanie zielonych certyfikatów. Brakuje również informacji na temat wysokości opłaty zastępczej, którą podmioty wnoszą do NFOŚiGW. Mamy więc różne instytucje, które zbierają te dane posługujące się przy tym odmiennymi standardami i nie można stwierdzić, ile tych certyfikatów jest wydanych i ile będzie wydanych – tłumaczy w rozmowie z Agencją Informacyjną Newseria Cetnarski.

To powoduje, że na rynku panuje chaos, co utrudnia prowadzenie inwestycji. Ta sytuacja zdaniem stowarzyszenia przyczyniła się np. do nadpodaży zielonych certyfikatów.

Dla przykładu, PSEW podaje, że Agencja Rynku Energii przedstawiła w kwietniu raport, w którym znalazła się informacja o tym, że produkcja energii ze źródeł odnawialnych w 2012 roku wyniosła 16,8 TWh. To jest więcej o 4 TWh od produkcji w 2011 roku. Z kolei według danych Urzędu Regulacji Energetyki produkcja zielonej energii była na poziomie 13,8 TWh.

– Apelujemy o wprowadzenie kompleksowych zapisów w tzw. małym trójpaku energetycznym. To nie będzie nadregulacja, a jedynie właściwe wykorzystanie istniejących systemów zbierania informacji i umocowanie ich w zapisach ustawowych. W innym razie resort gospodarki nie będzie zdolny do zbierania i publikowania niezbędnych danych, z właściwą częstotliwością – mówi Wojciech Cetnarski.

A jak przypomina, taki obowiązek nakłada na Polskę unijna dyrektywa w sprawie promowania stosowania energii ze źródeł odnawialnych.

Źródło: Newseria

Rusza kampania "Porozmawiajmy o łupkach"
poniedziałek 2013-06-03

Ministerstwo Środowiska rusza z kampanią informacyjną nt. gazu z łupków, skierowaną przede wszystkim do mieszkańców i władz samorządowych. Głównym celem projektu jest dialog z grupami, których poszukiwania niekonwencjonalnych złóż gazu bezpośrednio dotyczą.

O kampanii

Kampania „Porozmawiajmy o łupkach” jest realizowana ze środków Unii Europejskiej oraz Narodowego Funduszu Ochrony Środowiska i Gospodarki Wodnej. Pod koniec 2012 r. Komisja Europejska ogłosiła konkurs skierowany do wszystkich państw członkowskich UE na realizację działań informacyjnych i dialogu ze społeczeństwem na temat gazu z łupków. Wniosek złożony przez Ministerstwo Środowiska został pozytywnie oceniony.

Kampania „Porozmawiajmy o łupkach", zgodnie z wytycznymi Komisji Europejskiej, będzie miała charakter regionalny. Obejmie dwa obszary: Polskę północną (woj. pomorskie, kujawsko-pomorskie i warmińsko-mazurskie) i Lubelszczyznę (woj. lubelskie), czyli tereny o największej aktywności firm poszukiwawczych, uznawane za jedne z najbardziej perspektywicznych pod względem zasobów złóż.

Adresatami kampanii są w pierwszej kolejności mieszkańcy obu regionów, ale niektóre działania będą skierowane do wszystkich stron zaangażowanych w proces poszukiwań niekonwencjonalnych złóż gazu, w tym do przedstawicieli administracji samorządowej, organów ochrony środowiska, organizacji pozarządowych, firm poszukiwawczych, naukowców itp.

Działania w ramach kampanii

W ramach kampanii powstanie specjalna strona internetowa. Będzie ona stanowiła podstawowe źródło informacji o gazie z łupków dla wszystkich grup zainteresowanych tym tematem. Pojawią się tutaj także informacje dotyczące aspektów środowiskowych i technologicznych poszukiwania i wydobywania gazu z łupków. Poprzez stronę będą się ponadto odbywać konsultacje on-line, pozwalające na zadanie dowolnego pytania na temat niekonwencjonalnych złóż gazu.

Zgodnie z hasłem kampanii – „Porozmawiajmy o łupkach” – bardzo ważnym punktem przedsięwzięcia będą dwa wysłuchania publiczne, które odbędą się w obu regionach na jesieni 2013 r. Celem spotkań będzie umożliwienie wymiany poglądów na temat gazu z łupków. Dzięki temu działaniu mieszkańcy terenów objętych poszukiwaniami oraz inne zaproszone osoby będą mieli okazję przedstawić swoją opinię dotyczącą trwających w regionie prac oraz innych zagadnień związanych z niekonwencjonalnymi złożami gazu. Przedstawiciele Ministerstwa Środowiska wysłuchają wszystkich wystąpień i na ich podstawie opracują dokument, który wskaże najważniejsze potrzeby, oczekiwania, nadzieje i obawy zaangażowanych stron oraz niezbędne działania na przyszłość.

- Poprzez kampanię chcemy dotrzeć do wszystkich grup odbiorców, których poszukiwanie i wydobywanie gazu z łupków bezpośrednio dotyczy. Mieszkańcom i władzom samorządowym rejonów, w których trwają prace poszukiwawcze, chcemy przekazać rzetelne informacje nt. procesu i wysłuchać ich opinii – mówi Piotr Woźniak, Główny Geolog Kraju i wiceminister środowiska.

Kampania „Porozmawiajmy o łupkach” potrwa do końca 2013 roku.

Źródło: Ministerstwo Środowiska

Dobra propozycja. Energetyka odnawialna daje miejsca pracy - mówi ekspert
poniedziałek 2013-06-03

Energetyka odnawialna daje miejsca pracy - mówi Józef Neterowicz, ekspert ds. ochrony środowiska.

Jak Pan ocenia inicjatywy podejmowane przez samorządy na rzecz ochrony klimatu?

Józef Neterowicz, ekspert ds. ochrony środowiska i energii odnawialnej Związku Powiatów Polskich: Samorządy robią, co mogą. Problem w tym, że działania klimatyczne powinny być koordynowane centralnie, bo tylko w dużej skali te przedsięwzięcia dają totalny efekt. Polska samorządność jest bardzo rozczłonkowana, gminy są małe i przez to mają zbyt skromne środki, żeby same mogły działać w kierunku polepszenia sytuacji klimatycznej.

Czyli Pana zdaniem brakuje rządowej mobilizacji, by poważnie traktować ochronę klimatu?

- Wszystko to, co w tej chwili przedstawia nam się jako rzeczy ważne, to są tematy zastępcze. Tymczasem terminy wypełniania dyrektyw unijnych albo szybko zbliżają się do końca, albo już są przekroczone. Bardzo dobrze, że w gminach są programy montowania kolektorów słonecznych, ale to wszystko jest kropla w morzu potrzeb.

Zobowiązaliśmy się przecież, że do 2020 r. 15 proc. całej energii w bilansie energetycznym państwa będzie pochodzić z energii odnawialnej, że o 20 proc. zwiększy się efektywność energetyczna naszych systemów, że o 20% zmniejszymy emisję kopalnego CO 2 i że 10 proc. paliw w transporcie to będą paliwa odnawialne.

Nie ma masterplanu jak do tego wszystkiego dojść. W Szwecji jest ponad 600 stacji na biogaz produkowany z frakcji biologicznej odpadów. A my mamy ogromne zmartwienie, co będziemy robić z tymi odpadami od 1 lipca, gdy ustawa odpadowa wejdzie w życie, nie mówiąc o karach unijnych za niewykonanie dyrektywy.

Ustawa śmieciowa otwiera nowe możliwości dla ochrony klimatu?

- Problemem w Polsce jest to, że mówi się o śmieciach. A śmieci nie mają wartości. Powinniśmy mówić o odpadach, których jesteśmy wytwórcami i o ustawie odpadowej. Dzięki niej po raz pierwszy samorząd wie, co się dzieje z odpadami wytworzonymi na jego terenie.

Gminy będą płacić firmom świadczącym usługi transportowe i będą decydować, dokąd odpady mają trafić. Jeżeli recykling jest opłacalny, to należy z niego korzystać, jeżeli nie - odpady powinno się zamienić na energię czyli spalić lub produkować z ich frakcji biodegradowalnej biogaz.

Trzeba powiedzieć jasno: wytwarzamy odpady komunalne, mamy wymagania unijne co do nieskładowania frakcji biodegradowalnej, musimy coś z tym zrobić. W zasadzie od 1 stycznia 2011 roku Polska powinna płacić milion złotych dziennie kary.

Unia nam na razie odpuszcza, ale tylko dlatego, że przynajmniej wprowadziliśmy nowe prawodawstwo ustanawiające władztwo gmin nad odpadami. Do samorządów powinna zostać jednak skierowana centralna informacja, że bierzemy poważnie nasze zobowiązania unijne, dotyczące ochrony klimatu. Następny termin to początek roku 2014!!!

Mimo wszystko coś się w tym temacie w samorządzie dzieje...

- Dużo zależy od tego, na ile starosta czy prezydent miasta jest świadomy tego, że Unia Europejska nie odpuści nam naszych zobowiązań klimatycznych i że trzeba już coś robić. Dlatego powstają wiatraki, panele słoneczne czy kotłownie na biomasę. Niestety jest też tak, że pseudo-spece od ekologicznych rozwiązań jeżdżą po gminach i zawracają głowę tym biednym samorządowcom.

Czyli wszystko opiera się na razie na świadomości samorządowców?

- Cała energetyka odnawialna opiera się niestety na pasjonatach. Nie tylko w samorządzie, ale w ogóle. O plusach odnawialnych źródeł energii opowiada kilku zapaleńców, którzy jeżdżą po Polsce. Trwanie przy węglu kamiennym jest idiotyzmem. Jego zapasy skończą się za 30-40 lat. Z czego potem będziemy wytwarzać stal?

Zostawmy węgiel dla przemysłu, medycyny, tam gdzie jest on niezbędny dla technologii. Nie marnujmy go w naszych niewydajnych systemach energetycznych. Teraz tylko 1/3 energii z energii chemicznej węgla jest efektywnie wykorzystywana, reszta idzie w powietrze.

Trzeba odejść od przyzwyczajenia do palenia węglem. Samorządowcy często obawiają się jednak inwestować w coś, co nie jest zatwierdzone. Rząd powinien wesprzeć gminy chociażby w informowaniu społeczeństwa na temat nieszkodliwości spalarni. Na razie górują pseudo-ekolodzy, którzy oprotestowują tego typu inwestycje.

Mówimy o korzyściach pro publico bono, ale niskoemisyjna energetyka to też korzyści gospodarcze?

- Energetyka odnawialna daje miejsca pracy. Proszę się zastanowić, co te gminy wiejskie mają zaproponować rolnikom, którzy zaczynają odczuwać konkurencyjność rolnictwa unijnego. Szansą jest właśnie uprawa roślin energetycznych, sadzenie wierzby energetycznej.

W Szwecji na 9 mln mieszkańców 700 tys. osób pracuje w energetyce odnawialnej. Tylko trzeba pamiętać, że nie można - jak to się dzieje w Polsce - współspalać węgla z biomasą.

Właściwie jedyną szansą na duże inwestycje sprzyjające ochronie klimatu są fundusze unijne...

- Tyle, że nie powinno się korzystać z dotacji unijnych w celach komercyjnych, a tak jest w przypadku spalarni odpadów, produkcji energii elektrycznej czy ciepła. To zaburza konkurencyjność.

Inwestorzy, którzy mają środki na technologie zapewniające efektywny sposób utylizacji odpadów, nie mogą działać, bo gmina, która dostała dotację, może po niższej cenie przejmować odpady.

Taka sytuacja obniża też zainteresowanie gminy przeprowadzaniem przetargów w sposób najbardziej konkurencyjny. Jest miasto na południu Polski, które zafundowało sobie spalarnię za 800 mln zł, podczas gdy mogłaby kosztować od 450 do 500 mln zł. To efekt metody zaprojektuj i wybuduj, która jest najdroższym sposobem kupowania inwestycji samorządowych.

Jakie zmiany w prawie są potrzebne, żeby inwestycje w ochronę klimatu stały się codziennością?

- Przede wszystkim brudna energia węglowa powinna być obarczona podatkiem, a czysta energia odnawialna nie. U nas jest na odwrót. Czarna energia kurzy, jak chce, a zielona dostaje jakieś idiotyczne certyfikaty, których cena zależy od podaży.

Nadpodaż zielonych certyfikatów spowodowana jest współspalaniem węgla z surową biomasą, co przeczy prawom fizyki (kotły są na suche paliwo, jakim jest węgiel, a surowa biomasa jest paliwem wilgotnym, co powoduje korozję i zmniejszenie mocy jednostki).

Mamy telefony i samochody z XXI wieku, telewizję cyfrową, a energetykę z lat 70. ubiegłego stulecia.

Źródło: Serwis Samorządowy PAP

20 000 złotych do wygrania w konkursie dziennikarskim!
środa 2013-05-29

Klub Publicystów Ochrony Środowiska EKOS przy współpracy z Deutsche Bundesstiftung Umwelt – DBU zorganizował konkurs “Dziennikarze dla klimatu”. Mogą wziąć w nim udział dziennikarze ze wszystkich mediów, także internetowych.

Zgłoś udział w konkursie – spraw, aby polskie społeczeństwo dowiedziało się więcej jak zmienia się klimat na naszej planecie, jakie z tego wynikają zagrożenia dla gospodarki, przyrody, dla naszego życia.

Termin nadsyłania prac upływa 11 października 2013 roku.

Więcej informacji:

http://www.dziennikarzedlaklimatu.pl

kontakt: biuro@dziennikarzedlaklimatu.pl

telefon: 515 111 490 oraz 22 663 12 33

Źródło: www.dziennikarzedlaklimatu.pl

Na polską giełdę gazu może wejść Gazprom. PGNiG ma mniej niż 1,5 roku, by stać się konkurencyjnym
wtorek 2013-05-28

Rozwój odnawialnych źródeł energii, a także konieczność liberalizacji rynku sprawiają, że rośnie zapotrzebowanie na błękitne paliwo i zmienia się rola gazowego monopolisty, jakim jest PGNiG. Koncernowi rośnie konkurencja w postaci spółek energetycznych zajmujących się do tej pory sprzedażą prądu. Należy też liczyć się z tym, że na polską giełdę gazu może wejść Gazprom.

– Liberalizacja rynku to jest postulat przede wszystkim dużych przedsiębiorstw elektroenergetycznych oraz firm z sektora chemicznego i paliwowego. Wszystkie spółki energetyczne mają koncesje na obrót paliwami gazowymi i chcą dostarczać swoim klientom również gaz. Takie działania są już podejmowane przez Eneę, Energę czy Tauron – mówi Agencji Informacyjnej Newseria Jerzy Kurella, doradca zarządu Banku Gospodarstwa Krajowego ds. projektów energetycznych.

Ekspert przypomina, że przedsiębiorstwa te nie będą konkurencyjne, dopóki będą pozyskiwały surowiec od jednego dostawcy, na rynku regulowanym. Zwłaszcza, że mamy tu do czynienia z ograniczeniem swobody kontraktowej pomiędzy odbiorcą gazu i dostawcą. Umowy łączące Polskie Górnictwo Naftowe i Gazownictwo z odbiorcami są na ogół długoletnimi porozumieniami z klauzulami typu take or pay [bierz lub płać – red.].

– To stanowi zagrożenie dla swobody konkurencji, dla obniżki cen gazu dla przedsiębiorstw komercyjnych – podkreśla Jerzy Kurella. – Zwłaszcza, że PGNiG jest całkowitym monopolistą – 96 proc. wolumenu gazu jest pozyskiwane z tej spółki. To wyjątkowa sytuacja na rynku europejskim i nie do utrzymania na dłuższą metę.

Tym bardziej, że Polska stoi przed ryzykiem płacenia wysokich kar za niewdrożenie dyrektyw europejskich, zobowiązujących ją do liberalizacji rynku gazowego. Za każdy dzień niedostosowania polskiego prawodawstwa do prawa UE, Trybunału Sprawiedliwości może naliczyć karę w wysokości do 270 tys. euro dziennie (liczone od dnia ogłoszenia orzeczenia TS). Dlatego uwolnienie rynku jest koniecznością.

– Nie można jednak nie brać pod uwagę sytuacji politycznej. Ryzyko jest takie, że w momencie liberalizacji rynku i swobodnego handlu na Towarowej Giełdzie Energii jest możliwość wejścia na rynek innych istotnych graczy, którzy posiadają gaz ziemny. Pytanie jest, czy zawsze to są gracze, których my, mając na względzie bezpieczeństwo energetyczne kraju, chcielibyśmy widzieć – mówi ekspert.

Z ekonomicznego punktu widzenia nie ma wątpliwości, że liberalizacja rynku opłaci się przede wszystkim konsumentom błękitnego paliwa.

– Przykłady rynku brytyjskiego i holenderskiego, gdzie nastąpiła całkowita liberalizacja rynku energetycznego, w tym rynku gazowego, pokazują, że ceny energii, gazu dla odbiorców końcowych spadły. A przedsiębiorstwa sprzedające paliwo mają jednak środki finansowe na dokonywanie niezbędnych inwestycji – zaznacza Jerzy Kurella.

Aby dać czas PGNiG na przygotowanie się do nowych warunków, obligo gazowe (czyli wymóg, by przedsiębiorstwo sprzedawało poprzez giełdę określoną ilość surowca), nie jest wprowadzone od razu w najwyższej wysokości, tylko stopniowo.

– Mamy niecałe 1,5 roku, żeby przedsiębiorstwo, jakim jest PGNiG mogło dostosować swoje struktury, służby sprzedażowe i cała firmę do tego, co nieuniknione. To wbrew pozorom bardzo niewiele czasu aby dokonać fundamentalnych zmian nie tylko w PGNiG ale i na polskim rynku gazu – uważa doradca BGK.

Zgodnie z obligiem gazowym od 1 lipca tego roku (pod warunkiem wejścia w życie do tego czasu nowelizacji Prawa energetycznego) zostanie wprowadzony obowiązek sprzedawania 30 proc. gazu poprzez Towarową Giełdę Energii. Następnie od 1 stycznia 2014 roku 50 proc. i docelowo – od 1 lipca 2014 roku – 70 proc. paliwa.

– Aby mówić o rzeczywistej liberalizacji rynku, musimy budować interkonektory [gazowe połączenia między państwami – red.] oraz infrastrukturę przesyłową, żeby – jeśli przedsiębiorcy zakontraktują gaz u innych dostawców niż PGNiG – była faktyczna możliwość dostarczenia tego gazu – zaznacza Jerzy Kurella.

Źródło: Newseria

VII spotkanie polsko-czeskiej Grupy Roboczej ds. jakości powietrza w rejonach przygranicznych
wtorek 2013-05-28

W Pradze odbyło się VII spotkanie polsko-czeskiej Grupy Roboczej ds. jakości powietrza w rejonach przygranicznych. W obradach uczestniczyli przedstawiciele Ministerstw Środowiska RP oraz Republiki Czeskiej, a także Głównego Inspektoratu Ochrony Środowiska, urzędów marszałkowskich oraz wojewódzkich inspektoratów ochrony środowiska województw nadgranicznych.

Podczas spotkania w Pradze powołane zostały tematyczne Grupy eksperckie do spraw:

1) wspólnego podejścia do korzystania ze środków europejskich w Nowej Perspektywie Finansowej 2014-2020,

2) wprowadzenia stref ograniczonego ruchu samochodowego,

3) problematyki ogrzewania domowego.

Grupy te zostały powołane zgodnie z wcześniejszymi ustaleniami Ministrów Środowiska RP i Republiki Czeskiej, uzgodnionymi podczas otwartego Dialogu Ministrów Środowiska, który odbył się 24 stycznia 2013 r. w Ostrawie.

Ponadto, w trakcie spotkania w Pradze, kontynuowana była dyskusja na temat przygotowywanego czesko–polskiego Mechanizmu wymiany informacji na temat pozwoleń zintegrowanych, oraz projektu nt. „Wspólnej strategii zarządzania jakością powietrza w Regionie Morawsko-Śląskim i Województwie Śląskim”. Poinformowano także o wynikach prac polsko-czeskiej Grupy ds. wymiany danych w zakresie jakości powietrza oraz przedstawione zostały informacje o realizowanych i planowanych do podjęcia działaniach naprawczych, mających na celu poprawę jakości powietrza w województwach nadgranicznych.

Polskiej delegacji przewodniczyła Pani Małgorzata Wejtko, Dyrektor Departamentu Ochrony Powietrza w Ministerstwie Środowiska. Spotkanie odbyło się w dniach 16-17 maja br.

Źródło: Ministerstwo Środowiska

Unilever postawił na ekologię i zrównoważony rozwój. Zaoszczędził dzięki temu już 300 mln euro
poniedziałek 2013-05-27

Ekologiczna produkcja, zdrowsza żywność, poprawa warunków pracy czy uczciwa współpraca z farmerami z Afryki przyniosła 300 mln euro oszczędności firmie Unilever. Globalny koncern deklaruje dalsze działania oparte o zrównoważony rozwój, także w polskich fabrykach. Ma to poprawić nie tylko wizerunek, ale przede wszystkim zwiększyć innowacyjność i przewagę konkurencyjną firmy.

– W skali globalnej od 2008 roku zaoszczędziliśmy około 300 mln euro. Te pieniądze inwestujemy w biznes, w rozwój nowych marek, innowacji. Również może to odczuć nasz konsument, który dostaje lepszą ofertę i często tańszą – mówi Agencji Informacyjnej Newseria Sabina Krzystolik, wiceprezes Unilever ds. łańcucha dostaw w regionie Europy Środkowo-Wschodniej.

Od dwóch lat koncern prowadzi plan „Życie w sposób zrównoważony”, zgodnie z którym do 2020 roku zamierza pozyskiwać 100 proc. surowców z upraw prowadzonych w sposób zrównoważony, zredukować ilość emisji dwutlenku węgla, a do końca 2015 roku wszystkie fabryki mają przestać wysyłać odpady na wysypiska. Część tych założeń już udało się osiągnąć.

– Cel związany z pozyskiwaniem surowców z upraw prowadzonych w sposób zrównoważony udało nam się zrealizować w skali globalnej w około 36 proc. – mówi Sabina Krzystolik. – Z kolei dzięki redukcji CO2 zaoszczędziliśmy wiele jako firma, ale również nie emitujemy tych gazów do środowiska. Za cel stawiamy sobie aby do 2020 roku poziom ich emisji z naszych operacji logistycznych, przy zwiększonym wolumenie transportowanym, nie przekraczał poziomu z roku 2010.

Unilever zwiększył efektywność ekologiczną we wszystkich 4 fabrykach w Polsce zmniejszając emisję CO2 na tonę produkcji o 11 proc. w porównaniu do 2011 r. i o 62 proc. w porównaniu do 2008 r. Na przykład w fabryce kosmetyków i środków czystości w Bydgoszczy zredukował emisję CO2 o kilkadziesiąt ton rocznie, dzięki m.in. zmodernizowaniu magazynu surowców i opakowań.

Z kolei do 2015 r. firma zamierza m.in. usprawnić tzw. efektywność operacyjną w łańcuchu dostaw, by w ten sposób zmniejszyć dystans przemierzany przez ciężarówki na polskich drogach o ok. 20 mln km. W efekcie – również ma zostać ograniczona emisja CO2.

Firma jest też jedną z 14 sygnujących Kartę Różnorodności w Polsce, co pokazuje, że kładzie szczególny nacisk na politykę równego traktowania ze względu na m.in. płeć, niepełnosprawność, rasę czy orientację seksualną.

– Idea zrównoważonego rozwoju jest przede wszystkim motorem innowacyjności oraz konkurencyjności. Wierzymy, że takie podejście w każdym aspekcie naszego funkcjonowania, począwszy od pozyskiwania surowców, poprzez organizację łańcucha dostaw, aż po edukację konsumentów w zakresie korzystania z naszych produktów, jest warunkiem niezbędnym do dalszego rozwoju firmy – powiedział podczas prezentacji raportu „Życie w sposób zrównoważony” Harm Goossens, prezes firmy Unilever w Polsce oraz w regionie Europy Środkowo-Wschodniej.

Firma Unilever jest jednym z największych producentów żywności, kosmetyków i środków czystości pod znanymi markami, takimi jak: Knorr, Lipton, Algida, Rama, Delma, Domestos, Cif, Rexona, Axe, Dove, Timotei, Signal. Unilever działa w Polsce od 1991 r. i na koniec 2012 r. zatrudniał ponad 3400 pracowników w całym kraju.

Źródło: Newseria

RWE inwestuje w energetykę odnawialną w Polsce. Mimo braku regulacji
czwartek 2013-05-23

RWE, jedna z największych firm energetycznych w Europie, w tym roku zainwestuje w Polsce ponad 200 mln zł. Zamierza budować m.in. farmy wiatrowe, mimo że wciąż nie ma regulacji dotyczących odnawialnych źródeł energii. Koncern wierzy jednak w opłacalność tych elektrowni.

– Polski rynek jest dla nas bardzo przejrzysty i przewidywalny – mówi Agencji Informacyjnej Newseria, Filip Thon, prezes RWE Polska. – Inwestujemy w Polsce ponad 200 milionów złotych każdego roku. Zwiększamy bezpieczeństwo zaopatrzenia, bezpieczeństwo i jakość sieci. Inwestując tyle pieniędzy potrzebujemy przewidywalnego środowiska i to jest zagwarantowane. Mamy przejrzyste, zdefiniowane zasady, więc dla naszych wielkich inwestycji jest to właściwy kraj, i będziemy je kontynuować – zapowiada.

Podkreśla, że mimo spowolnienia gospodarczego, nadal dobrze wypadamy na tle innych krajów.

– Polska nawet w czasach kryzysu ma rosnące PKB w porównaniu do innych krajów regionu. Słowacja ma lekko rosnące PKB, w Czechach jest spadek. Podobnie jak na Węgrzech, które mają nie tylko ujemny wzrost PKB, ale i bardzo negatywne regulacje i ingerencje rządu w nasze operacje. Nie widzimy takich negatywnych interwencji w Polsce – informuje Filip Thon.

Przedsiębiorcy związani z branżą OZE wielokrotnie alarmowali, że przedłużające się prace nad ustawą o odnawialnych źródłach energii, wstrzymują inwestycje. Także bankowcy obserwują mniejsze zainteresowanie kredytami, ponieważ nie wiadomo, jaka będzie stopa zwrotu z tych inwestycji, gdy pojawią się nowe regulacje.

– Oczywiście czekamy na regulacje dotyczące odnawialnej energii – wyjaśnia prezes RWE. – Ale jesteśmy optymistycznie nastawieni, że będą właściwe i stabilne, i nie będziemy mieli większych trudności w inwestowaniu w farmy wiatrowe.

RWE realizuje zatem swoją strategię, zgodnie z którą w Polsce planuje do 2015 roku wybudować elektrownie wiatrowe o łącznej mocy 300 MW. Do tej pory zainstalowało już 200 MW mocy w energetyce wiatrowej. Ostatnia farma wiatrowa w Nowym Stawie ruszyła kilka tygodni temu. Na wartą ponad 60 milionów euro inwestycję składa się 19 turbin wiatrowych o mocy 2,05 MW każda.

Filip Thon wskazuje jednak na problemy z polskim systemem wsparcia zielonej energetyki – w ostatnich miesiącach mamy do czynienia z jego załamaniem.

– Ceny zielone certyfikaty poszły w dół. Ale myślę, że to tymczasowe i ustabilizują się na przyzwoitym poziomie znowu – uważa prezes.

Od 2009 roku, kiedy została uruchomiona pierwsza inwestycja RWE, firma osiągnęła już poziom 108 MW produkowanych z wiatru. Pierwsza inwestycja – oddany w 2009 roku Park Wiatrowy Suwałki – składała się z 18 turbin, każda o mocy 2,3 MW. W 2011 roku RWE uruchomiło kolejne farmy w Pieckach i Tychowie. Farma wiatrowa Piecki posiada moc zainstalowaną na poziomie 32 MW (16 turbin po 2 MW), natomiast farma wiatrowa w Tychowie ma 15 turbin o mocy 2,3 MW każda.

Grupa RWE zamierza w Europie do 2020 roku uzyskiwać ze źródeł odnawialnych ponad 10 tys. MW, dzięki m.in. inwestycjom w energetykę wiatrową.

Źródło: Newseria

Słupy wysokiego napięcia - ptasi raj na rolniczej "pustyni"
czwartek 2013-05-23

Wśród hektarów pól porośnięte chwastami skrawki ziemi pod słupami wysokiego napięcia są dla ptaków cenną, ekologiczną oazą. "Zaskoczyło nas, jak wiele gatunków można tam spotkać" - mówi główny autor publikacji w "Conservation Letters", prof. Piotr Tryjanowski.

Hektary zbóż, kukurydzy albo buraków, a wśród nich linie wysokiego napięcia - to widok częsty w Europie, zwłaszcza zachodniej, zdominowanej przez rolnictwo wielkoobszarowe. W wielu krajach takie instalacje uważa się za zło konieczne - są niezbędne, ale brzydkie i mają opinię niebezpiecznych, np. dla ptaków, które zderzają się z nimi w locie albo padają porażone prądem.

Dotychczasowe badania sugerowały, że ptakom może szkodzić nawet pole elektromagnetyczne obecne wokół instalacji, wpływając na układ odpornościowy albo zaburzając rozwój piskląt. Gwoli sprawiedliwości dostrzegano również dobre strony obecności tych konstrukcji, pozwalających ptakom przysiąść i odpocząć, wypatrywać zdobyczy albo nawet - jak bociany - założyć gniazdo.

Nowe prace naukowców z poznańskich uczelni - Uniwersytetu Przyrodniczego i Uniwersytetu Adama Mickiewicza, oraz Uniwersytetu Zielonogórskiego, brytyjskiego Coventry University i Uniwersytetu Technicznego w Monachium (Niemcy) przedstawiają ten industrialny element krajobrazu w zupełnie nowym świetle: jako ekologiczną oazę w monotonnym, rolniczym krajobrazie.

W swojej pracy, przedstawionej na łamach "Conservation Letters", naukowcy skupili się na niewielkich skrawkach ziemi u podstawy słupów. Miejsca te, zwykle porośnięte trawami i ziołami, tarniną i czarnym bzem, stanowią dzikie mini-zagajniki, w których ptaki mogą swobodnie żerować i zakładać gniazda.

Aby się przekonać, czy panujące tam warunki rzeczywiście sprzyjają skrzydlatym mieszkańcom, naukowcy zbadali różnice między populacjami ptaków gnieżdżących się bezpośrednio pod słupami, odwiedzających linie wysokiego napięcia i otwarte pola. Ptaki liczono dwukrotnie (w sezonie lęgowym 2011 r.) na wybranych polach Wielkopolski, zdominowanych przez uprawy zbóż, kukurydzy i buraka cukrowego.

Okazało się, że zarówno liczba gatunków, jak i osobników jest większa pod słupami i w pobliżu linii, niż w terenie otwartym. Najwięcej ptaków pojawiało się na zarośniętych fragmentach ziemi u podstawy słupów, zwłaszcza jeśli rosły tam krzewy. Ponad połowę ptasiej społeczności obserwowanej na słupach i przewodach stanowiły skowronki, gołębie grzywacze, szpaki, potrzeszcze, kruki i pliszki żółte.

"W krajach rolniczych, w mocno przekształconym krajobrazie, miejsca pod słupami to jedyny obszar, gdzie pośrodku pól może się pojawić spontaniczna roślinność i krzewy, dostarczające ptakom miejsc gniazdowych. Są to czyste, biodynamiczne przestrzenie, wolne od oprysków czy innych zabiegów agrotechnicznych. Nas zaskoczyło, jak wiele gatunków można tam spotkać" - powiedział PAP kierujący badaniami dyrektor Instytutu Zoologii Uniwersytetu Przyrodniczego w Poznaniu, prof. Piotr Tryjanowski. Jednocześnie podkreślił, że wyniki badania świadczą o wielkiej plastyczności ptaków poszukujących miejsc lęgowych.

Zdaniem ekologa obecność linii wysokiego napięcia w krajobrazie rolniczym nie jest więc kwestią wyłącznie czarno-białą.

"Co więcej, wyniki badania pokazują, że jeśli i tak trzeba budować linie energetyczne, to najlepiej, by biegły one przez pola uprawne, co paradoksalnie może posłużyć ptakom. W Polsce częściej wybiera się jednak inne rozwiązanie - linie prowadzi się przez bagna, torfowiska czy brzegi rzek. Z prawnego punktu widzenia jest to prostsze, niż odrolnienie ziemi" - zauważył.

Badania z Wielkopolski pokazują, że z ekologicznego punktu widzenia nie od rzeczy byłoby zrezygnować z niektórych działań służb energetycznych: częstego koszenia i wycinania spontanicznej roślinności pod słupami. "Pozostawienie tych roślin lepiej posłuży przyrodzie, i w dodatku nic nie kosztuje" - dodał prof. Tryjanowski.

Naukowcy przypominają, że różnorodność gatunków i liczebność ptaków w okolicach rolniczych w dużym stopniu zależy od istnienia miejsc, które zapewniają ptakom bezpieczeństwo - ugorów, żywopłotów, miedz, sadzawek czy skupisk drzew pośrodku pól. "Zatem paradoksalnie słupy wysokiego napięcia, a właściwie małe skrawki ziemi u ich podstawy, mogą być dla ptaków prawdziwym rajem, zwłaszcza w rolniczym krajobrazie Europy" - piszą autorzy publikacji.

 

Źródło: www.naukawpolsce.pap.pl

Wydobycie gazu łupkowego kosztowne, ale niezbędne
środa 2013-05-22

Chociaż wydobycie gazu z łupków nie jest zadaniem prostym i obciąża środowisko, to przy rosnących potrzebach energetycznych na świecie, na gaz łupkowy jesteśmy skazani - uważa dyrektor Narodowego Centrum Badań i Rozwoju, prof. Krzysztof Jan Kurzydłowski.

Prof. Krzysztof Jan Kurzydłowski wykład pt. "Gaz łupkowy bez dogmatów" dał w poniedziałek podczas spotkania Kawiarni Naukowej Festiwalu Nauki w Warszawie.

Wyjaśnił, że gaz z łupków dość trudno wydobyć. Gaz nie tylko znajduje się głęboko pod ziemią (w Polsce nawet na głębokości 3 km), ale w dodatku zamknięty w skale. Gaz znajduje się w pęcherzykach, które nie są ze sobą połączone - odseparowane są od siebie skałą. Gaz nie wydostaje się więc ze skały tak łatwo, jak woda, która swobodnie wycieka z nasączonej nią gąbki, ale raczej jest jak sok uwięziony w pomarańczy czy jak olej w ziarnach słonecznika. Aby więc dotrzeć do gazu, trzeba w każdym miejscu rozbić strukturę - skruszyć skałę - i uwolnić surowiec z każdego pęcherzyka.

Prelegent tłumaczył, że do złóż należy się najpierw dowiercić pionowo, a pod ziemią potrzebne są jeszcze wiercenia poziome. Dopiero tam dokonywać się będzie kruszenia skały (np. za pomocą mikrowybuchów) i odciąganie gazu. W miejsce gazu wpompowuje się wodę ze specjalnymi dodatkami. Taka ciecz sprawić ma, że skała na trwałe zdolna będzie do tego, by przemieszczał się w niej gaz.

Wydawać by się więc mogło, że proces pozyskiwania gazu łupkowego jest bardzo trudny i nieopłacalny. Prof. Kurzydłowski zaznaczył jednak, że dzięki wydobyciu gazu łupkowego, Stany Zjednoczone z jednego z największych importerów gazu ziemnego, stały się nie tylko samowystarczalne, ale zaczynają rozważać eksport gazu.

W Polsce wydobycie gazu łupkowego może być jednak mniej opłacalne. W stosunku do złóż w USA, w naszym kraju złoża są niskiej i średniej jakości - gazu w skale jest mniej i występuje w mniejszych pęcherzykach, co utrudnia dotarcie do surowca. Poza tym złoża gazu łupkowego przebiegają przez Polskę pasem od Gdańska przez okolice Warszawy po Lublin. Złoża znajdują się więc często poniżej obszarów o dużych wartościach krajobrazowych czy o dużym zaludnieniu. W Stanach Zjednoczonych natomiast gaz łupkowy wydobywa się w miejscach o mniejszym znaczeniu. Poza tym w Polsce warunki geologiczne są inne niż w USA, tak więc nie można do nas bezpośrednio zastosować technologii już w Stanach stosowanej. Kurzydłowski zaznaczył, że kluczowe będzie dopiero doświadczenie z pierwszych odwiertów w Polsce.

Kurzydłowski przyznał, że technologie pozyskiwania gazu łupkowego przynoszą obciążenie dla środowiska. Zaznaczył, że do wody wtłaczanej pod ziemię dodawane są składniki takie jak substancje nadające lepkości - mogłyby być np. niegroźne substancje stosowane w przemyśle spożywczym - czy materiały podsadzkowe. Są to tzw. "proppanty", które wyglądają jak kulki ceramiczne, które mają sprawić, że skała się nie zakleszczy i możliwe będzie dalsze przemieszczanie się w szczelinach gazu. Zdaniem Kurzydłowskiego, sam płyn wpompowywany pod ziemię nie jest bardzo szkodliwy. Większym problemem dla środowiska jest natomiast to, że do wydobycia gazu łupkowego potrzeba byłoby ogromnych ilości wody, która przez wiele lat i na ogromnych obszarach musiałaby być wtłaczana pod ziemię. A to w Polskich warunkach byłoby dość kłopotliwe. "Kluczowe będzie jednak nie to, ile wody trzeba będzie pod ziemię wpompować, ale raczej - ile z tej wody da się odzyskać" - powiedział dyrektor NCBR.

Prof. Kurzydłowski zaznaczył, że wzrost popytu na energię elektryczną jest większy niż wzrost liczby ludności. "Jeśli nie uda się zmienić bilansu energetycznego, jesteśmy skazani na eksploatację gazu łupkowego" - przyznał. Dodał, że zanim się na to zdecydujemy, potrzebna będzie chłodna kalkulacja, która pomoże w podjęciu racjonalnej decyzji.

 

Źródło: www.naukawpolsce.pap.pl

Chińskie kolektory słoneczne zalały rynek
wtorek 2013-05-21

Sprzedaż kolektorów słonecznych w kraju rośnie z roku na rok – w 2012 roku łączną powierzchnię zainstalowanych kolektorów słonecznych oszacowano na ponad 1,2 mln metrów kwadratowych – trzykrotnie więcej, niż wynosi powierzchnia Watykanu.

Mimo to polscy producenci, choć tworzą jedne z najwydajniejszych kolektorów na świecie, mają powody do zmartwień. Na dynamicznym rozwoju rynku – w skutek źle skonstruowanego systemu dopłat państwowych - skorzystali przede wszystkim importerzy chińskich kolektorów.

Maleje, ale rośnie

Rynek kolektorów słonecznych w Polsce rozwija się w bardzo szybkim tempie. W roku 2011 zanotowano wzrost sprzedaży o 70%, rok później o kolejne 19%. Jak wynika z przygotowanego przez Instytut Energii Odnawialnej raportu, obroty tylko na rynku krajowym wynosiły ponad 670 milionów złotych. Polska stanowi obecnie czwarty rynek sprzedażowy w Europie, istnieje tu około 70 firm zajmujących się produkcją lub dystrybucją kolektorów słonecznych.Duża część z nich to dystrybutorzy „chińszczyzny”.

- Tendencje związane z zalewem rynku tanimi kolektorami widać szczególnie wyraźnie na przykładzie kolektorów próżniowych typu Heat-Pipe, w których produkcji specjalizują się Chińczycy – tłumaczy Kamil Jeziorko, przedstawiciel firmy Watt, istniejącej w branży od 1998 roku. - W Europie odchodzi się od kolektorów próżniowych na rzecz kolektorów płaskich, które stanowią 90% całego rynku. W 2009 roku zanotowaliśmy wyraźny spadek sprzedaży kolektorów próżniowych, podobnie jak inni producenci. Mimo spodziewanych dalszych tendencji spadkowych, w 2010 roku nagle polski rynek odnotował ogromny wzrost sprzedaży tych kolektorów. Wzrost nastąpił również w kolejnych latach i jak się okazało, był w całości spowodowany masowo importowanymi kolektorami z Chin.

Chińskie znaczy lepsze?

Bez wątpienia główną przyczyną tak znacznego rozwoju rynku kolektorów słonecznych są dotacje Narodowego Funduszu Ochrony Środowiska i Gospodarki Wodnej. Z realizowanego programu wsparcia do zakupu instalacji słonecznych skorzystało już niemal 37 tysięcy osób, wykorzystując na ten cel prawie 250 milionów złotych dotacji. Jak się okazuje, to właśnie system dopłat wpłynął na powstanie wielu firm oferujących chińskie kolektory, które liczą na szybkie zyski ze sprzedaży.

- Wysokość dopłaty z NFOŚiGW uzależniona jest od całkowitej powierzchni zamontowanych kolektorów, a nie na podstawie ich mocy czy choćby powierzchni apertury, wytwarzającej energię cieplną – wyjaśnia Jeziorko. – Oznacza to, że wyższe dotacje uzyskuje się na mniej wydajne kolektory chińskie, których do uzyskania podobnej mocy potrzebujemy znacznie więcej, w związku z czym ich powierzchnia całkowita będzie większa, a wartość dotacji - wyższa.
Również ogłaszane przez gminy przetargi na zakup i montaż kolektorów słonecznych wspierają czasem importerów chińskich urządzeń. Jeżeli jedyne kryterium zamówienia stanowi cena, żaden europejski producent nie ma szans z Chinami. Zdarza się i tak, że organizująca przetarg gmina może wykluczyć udział polskich producentów, zastrzegając, że kolektory muszą być wykonane w technologii Heat Pipe, która nie jest wykorzystywana na żadnej rodzimej linii produkcyjnej.

Import z Chin zagrożeniem dla Europy

Zalew chińskich produktów z branży energii odnawialnej to nie tylko problem polskiego rynku. W Niemczech zbankrutował ostatnio największy producent fotowoltaiki, wielu mniejszych już wcześniej musiało ogłosić upadłość. W obliczu tych wydarzeń ma zostać wprowadzone cło na fotowoltaikę z Chin. Nie dotyczy to kolektorów słonecznych.

- W całej Europie, odwrotnie niż u nas, przyznawane przez rząd dotacje wspierają rynek krajowy. W Belgii na przykład, zaraz po wprowadzeniu, dopłata była uzależniona od powierzchni całkowitej, ale bardzo szybko się z tego wycofano – mówi Kamil Jeziorko z firmy Watt, eksportującej kolektory m.in. do USA, Holandii, Niemiec i krajów skandynawskich. – Polskie firmy nie oczekują specjalnego traktowania, tylko gwarancji równych możliwości dla wszystkich podmiotów działających w naszym kraju, a nie poczucia dyskryminacji.

Źródło: EkoNews

Coraz trudniej z finansowaniem inwestycji energetycznych. Problemu nie rozwiążą także Polskie Inwestycje Rozwojowe
wtorek 2013-05-21

Niskie ceny energii sprawiają, że nieopłacalne staje się inwestowanie w sektorze energetycznym. Budowanie nowych elektrowni jest jednak koniecznością, ponieważ Polsce grożą przerwy w dostawach prądu. Pomocą w sfinansowaniu tych długoterminowych i drogich projektów mają być Polskie Inwestycje Rozwojowe, ale oprócz nich trzeba znaleźć dodatkowych partnerów.

– Świat jest trochę bardziej skomplikowany w tej chwili i ani Polskie Inwestycje Rozwojowe, ani jeden, ani drugi bank nie będzie „one stop shopem”, czyli miejscem, w którym znajdzie się odpowiedzi na wszystko. Trzeba więc być gotowym na to, że projekty będą współfinansowane z różnych źródeł – mówi Agencji Informacyjnej Newseria Mariusz Grendowicz, prezes Polskich Inwestycji Rozwojowych.

W ciągu ostatnich miesięcy Polska energetyka zaprzestała inwestycji w bloki węglowe w Ostrołęce i Rybniku. W kwietniu Polska Grupa Energetyczna ogłosiła rezygnację z rozbudowy siłowni w Opolu, pod znakiem zapytania stawia też budowę elektrowni jądrowej.

– W całej UE od początku tego roku firmy sektora energetycznego zrezygnowały z inwestycji w energetykę konwencjonalną, wskutek czego nie powstaną elektrownie o łącznej mocy 34 tys. MW (z tego 6 tys. MW przypada na Polskę). Takie przedsięwzięcia przestały się opłacać – powiedział podczas Europejskiego Kongresu Gospodarczego w Katowicach Krzysztof Kilian, prezes Polskiej Grupy Energetycznej.

Zdaniem Mariusza Grendowicza duże inwestycje, nie tylko sektora energetycznego, napotykają dziś trzy rodzaje barier.

– W dobie zwiększonego niepokoju związanego z niestabilnością gospodarczą, przedsiębiorca jest gotów zrealizować inwestycję, ale na poziomie połowy zakładanego jeszcze pięć lat temu ryzyka, więc szuka kogoś z kimś mógłby się tym ryzykiem podzielić – wyjaśnia Mariusz Grendowicz.

Druga bariera dotyczy finansowania, zarówno na poziomie jednostek samorządu terytorialnego, jak i dużych inwestorów branżowych.

– Mamy do czynienia z podmiotami, które dysponują ciekawymi projektami, które mogłyby być komercyjnie opłacalne, natomiast ich poziom zadłużenia jest taki, że realizowanie inwestycji wewnątrz spółki byłoby zagrożeniem finansowym dla niej – uważa prezes PIR.

Trzecia bariera dotyczy ryzyk prawnych i regulacyjnych.

– Inwestycje infrastrukturalne są z natury długoterminowe. I w tych inwestycjach, bardziej niż w jakichkolwiek innych, istnieją obawy co do tego, że w którymś roku jej funkcjonowania, ktoś wbiegnie na przysłowiowe boisko i poprzestawia bramki – dodaje prezes. – Odpowiedzią na wszystkie te trzy rodzaje barier ma być spółka Polskie Inwestycje Rozwojowe, aczkolwiek podkreślam – do pewnego stopnia.

PIR gwarantuje pomoc w sfinansowaniu projektów oraz w znalezieniu partnerów. Również banki zapewniają, że dysponują odpowiednią płynnością finansową, by uczestniczyć w budowaniu elektrowni.

– Banki są gotowe i zdolne do finansowania inwestycji w energetyce, zarówno płynnościowo, jak i od strony strukturyzowania, zaangażowania się w duże projekty. Ale one muszą być przygotowane, trudno jest finansować coś, co jeszcze nie ma zrębów projektu – mówi Newserii Małgorzata Kołakowska, prezes ING Bank Śląski.

Barierą jest to, że zarówno w przypadku elektrowni jądrowej, jak i projektu wydobywania gazu z łupków, nieznane są jeszcze zasady finansowania tych inwestycji.

– Zwykle projekty wydobywcze, czyli moment poszukiwania, ustalania jakie są zasady, są finansowane z equity, czyli z kapitału. A finansowanie komercyjne, dłużne, będzie już w momencie eksploatacji. Tu więc jest jeszcze długa droga przed nami, bo trzeba określić, jakie są zasady ideologiczne, trzeba określić, jakim sposobem będzie to wydobycie. Dopiero wtedy można mówić o finansowaniu tego typu projektów – tłumaczy Małgorzata Kołakowska.

W przypadku elektrowni atomowej finansowanie odbywa się na innych zasadach.

– Polska elektrownia, jeśli powstanie, będzie dużym pakietem, mobilizującym w dużej mierze Skarb Państwa, PGE [odpowiedzialną za inwestycję – red.], dostawcę i dopiero wówczas inne instytucje finansowe, które mogą się włączyć – uważa Małgorzata Kołakowska.

Źródło: Newseria